Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

Archiwum: marzec 2009

Dziś na obiad jadłem kotleta

agent 29/03/2009 @ 23:55

Treść główna

Jak zauważysz że nie dasz rady doczytać tego paskudztwa do końca przeskocz do następnego paragrafu ;)

Wstałem około godziny 11.30. Na śniadanie zjadłem kilka kanapek z tym co znalazłem w lodówce i zapiłem to herbatą. Restart komputera później było już po dwunastej.

Według pradawnych zasad to by oznaczało, że z grania nici. Według ostatniego bezzasadzia to by nic nie oznaczało. Według zasad, które powstały mniej więcej wczoraj, a wedle których zlecenia mają bardzo wysoki priorytet, oznaczało ograniczenie grania (co w sumie może i dobrym jest dla czytających - mniej zamieszania ;).

Wsiadłem więc do ciężarówki i ruszyłem z „przedmieść” Chicago. Okrążywszy mniej więcej Indianapolis trafiłem do Detroit. Wiem, głupio to brzmi żeby z Chicago do Detroit jechać przez Indianapolis ale musiałem tak zrobić żeby ominąć wagę gdyż ładunek rudy był przeciążony i pewnie by mnie zatrzymali. Na miejscu okazało się że naczepa na chemikalia jeszcze nie wróciła z Pheonix więc mogłem pospać sobie spokojnie do południa następnego dnia. Wszystko zgodnie z planem. Quit.

Dalszej części nie było. Zlecenie ma priorytet. Przełączyłem się na linuksa i mniej więcej uruchomiłem, kiedy wyższy filozoficznie wrócił. Propozycja herbaty jest nie do odrzucenia, więc jej nie odrzuciłem. Przy okazji zrobiłem kanapkę na kolację. Przy herbacie dobrze też się rozmawia na różne mniej lub bardziej filozoficzne tematy i pewnie mogła by taka herbatka trwać bardzo długo gdyby nie to że jemu się przypomniało o tym co miał zrobić.

Nie mając nic innego co by tłumaczyło nie robienie zlecenia, ustawiłem krótką playlistę i zabrałem się z kończenie tego. Sprawę ułtwiało mocno to że większość tego zrobiłem w nocy, ale i tak trochę trzeba było to poprawić. Gdy mniej więcej gotowym było to jeszcze sprawdzanie w trzech przeglądarkach i oczywiście w Internet Explorerze strona musiała wyglądać tragicznie. Zanim jednak rozpracowałem co jest nie tak nastąpił obiad.

A na obiad zjadłem... Nie. Nie zjadłem kotleta ;) Dziś były kurczęce skrzydła pieczone z ziemniakami. Dobre.

Po tym dobrym wróciłem na chwilkę do zlecenia. Znalazłem przyczynę, poprawiłem to co IE nie pasowało i poleciałem do kościoła. Po drodze wystraszyłem jakieś małe dziecko, zorientowałem się że ciepło względnie jest oraz wypatrzyłem klucz dzikich kaczek. Wszystko to wskazuje jednoznacznie że wiosna już się czai gdzieś za rogiem (innym tego znakiem jest to że przeziębienie mnie trzyma od ponad tygodnia).

„I choćby był samym Billem Gatesem to przecież jutro już może się nie obudzić. I co z tego? Nic. No właśnie. Nic.” - mój ulubiony ksiądz w tej chwili. Uwielbiam jego kazania, w których tak pełno jest takich jakiś ślepych zaułków. Są takie życiowo-filozoficzne i niewiele z nich wynika, a co ważniejsze sprawiają wrażenie spontanicznych (a może nawet takie są!). Z drugiej strony to genialny sposób na oderwanie myśli od ziemi.

Wracając jednak na ten padoł błota i śniegu. W domu skończyłem zlecenie. Powiedzmy że wstępnie skończyłem, bo to zleceniodawca ustala czy skończyłem czy nie. Tak czy siak, koniec zlecenia otwierał mi drogę do poziemi. Connect.

W sumie Akademia to nie poziemia, ale czasami ma podobny charakter. Tu standardowa krótka rundka. Save. Quit.

W międzyczasie dowiedziałem się o deszczu błędów projektowych, ale każdy kolejny sygnał w tej sprawie był jak kolejny cios nożem w serce (sumujący się z wczorajszymi projektowymi razami) i jakoś nie miałem najmniejszej ochoty ich faktycznie nawet sprawdzać. Na kolację podobnie jak na śniadanie kanapki z herbatą. Później jeszcze tylko oskryptowałem wysyłanie odsłuchanych utworów - piekna sprawa, wkrótce może opracuję skuteczną metodę działającą dla całych albumów a nie tylko dla pojedynczych piosenek.

Na koniec napisałem To i owo. Roger Sanchez dzielnie dopingował i na szczęscie nie było problemów z tym dopingiem.

I taki mniej więcej byłby koniec.

Podsumowanie

I jak? Nie mam normalnego życia. Jest w nim coś chorego ;)

Nie wyszło zbyt czarno na białym. Nie mogło wyjść. W końcu jakby było to agent byłby zdemaskowany i co byłby z niego za agent? Żaden. Chociaż niektóre rzeczy są stare i jeżeli ktoś śledzi agenta od jakiegoś czasu to może załapać co do czego. Niektóre z tych rzeczy może wkrótce jakoś opiszę, ale tego nie obiecuję.

Realnie za to jednak jest. I nawet jeżeli komuś ciężko sobie wyobrazić takie realia to musi mi wierzyć na słowo (pisane!).

Ping pong

Notki powstają kiedy mam czas, albo kiedy jest niedzielny wieczór. Z tym pierwszym wiecznie jest problem więc niedzielny wieczór jest bardziej prawdopodbny. Tym bardziej że mimo wszystko udało mi się wypracować ten termin i choć już z kilka razy był on zagrożony to się utrzymał.

Jak też widać normalne notki procentują. Znaczy się, tak jakby procentują. W sumie nawet nie wiem czy we właściwą stronę, ale faktem jest że jeszcze na początku tego miesiąca blog był chory a teraz już jest fajny. Nawet możemy zdobyć 110 punktów (lansu pewnie). Nieprawdopodobnie ciekawe zjawisko.

A za tydzień? Marzenia i real, czyli nie wiadomo co. To będzie cięzki temat, zarówno do pisania jak i czytania. Tymbardziej że nie mam zielonego pojecia o czym to :)

O gwiazdach

agent 23/03/2009 @ 01:07

Plan miałem dobry ale pogoda pokrzyżowała mi plany. Przez cały ostatni tydzień jak tylko pojawiałem się na przestrzeniach otwartych wieczorową porą to oczywiście niebo musiało być zachmurzone i o obserwacji gwiazd mowy być nie mogło (o ile obserwacją w ogóle można uznać wpatrywanie się w niebo kogoś o wzroku tak słabym jak mój). W związku z tym niefortunnym złożeniem zdarzeń pogodowych niestety nie miałem okazji do popatrzenia w gwiazdy i skonstruowania jakiejś refleksji z nimi związanej. Mogę tylko dopisać że nadal lubię patrzeć w gwiazdy.

Tak, wiem. Nie o te gwiazdy chodziło. W pierwszym odruchu miałem nie pisać na ten temat bo osobiście blogi o „gwiazdach” wydają mi się równie sensowne jak oglądanie „Mody na sukces”, ale potem przyszło mi do głowy że mógłbym tak zażartować i postanowiłem to wykonać. Jako że żart mi nie wyszedł to napiszę coś o człowieku, który stał się gwiazdą ubiegłego tygodnia. A może raczej antygwiazdą.

Josef Fritzl. Tak, tak. Wszędzie go było pełno. Strach było lodówkę otworzyć. W pokoju jednak jakoś wszyscy uważali że ta cała historia jest zbyt nieprawdopodobna żeby mogła się wydarzyć w sposób jaki jest opisywana. Ale co oni mogą wiedzieć? Czy w ogóle chcą wiedzieć? Ja poczytałem Wikipedię zamiast snuć własne teorie. Po tej lekturze doszedłem do jednego wniosku - niszczymy się. Cała ta cywilizacja chyli się ku upadkowi. Nie przez Josefa oczywiście. On jest tylko pionkiem, który odegrał swoją rolę aby ta całą machina stworzona przez ludzi mogła działać wedle praw swojego działania. Być może już jest za późno. Być może gdzieś tam są ludzie na prawdę świadomi tego dokąd zmierzamy. Być może już uznajemy ich za wrogów naszej wizji lepszego świata. Sęk w tym że i oni są w błędzie. Lepszego świata już nie będzie. Jedyne co można zrobić w tej sytuacji to wypełnić jak najlepiej swoją rolę w machinie i przyczynić się do dalszego upadku ludzkości. Tak, coś takiego... Ale co tam. Można to olewać i napawać się bez końca Hanah Montana i Jozefem Frizlem. To na pewno dużo fajniejsze niż zastanawianie się jak zginie ostatni człowiek na tej planecie. Tak przy okazji, polecam lekturę o Josefie na Wikipedii - jest strasznie przygnębiająca. Zaś dla miłośników mocniejszych wrażeń polecam na Wikipedii artykuł o odleżynach.

Teoria bloga w nawiązaniu do komentarzy

Realias to dość dobrze ujęła z tym pisaniem co leży komu na sercu (bądź się w głowie kłębi) ale z tymi „granicami” jednak nie trafiła tak do końca. Granic właściwie nie ma. Kwestią jest to do jakiego miejsca możemy się posunąć. Zarówno ja pisząc jak i czytelnicy czytając. Josef nie napotkał pewnej granicy w tym co zrobił, mimo że przynajmniej teoretycznie większość z nas by na nią trafiła. Ja też mogę nie napotkać granicy i napisać cokolwiek a czytelnicy mogą nie napotkać granicy i przeczytać owe cokolwiek. Inni natomiast nie wyjdą poza temat gwiazd bo napotkają na ową granicę i... wyjdą z tego bloga.
Ukierunkowanie bloga to w ogóle ciężka sprawa. Wbrew temu co sugeruje wing pisanie dla siebie w internecie jest bezsensowne. Wbrew temu co sugeruje Comenny pisanie tak żeby zatrzymać za wszelką cenę czytelnika i nabijać sobie statystyki jest równie bezsensowne. To jest kwestia równowagi, całkiem jak w życiu. Ja nie piszę dla siebie, jeżeli jednak komuś się kompletnie nie podoba co piszę to nie będę po nim płakał. Komentarze z konstruktywną krytyką bądź sensownymi uwagami biorę pod uwagę, bo czasami faktycznie robi się coś bez sensu a samemu tego nie zauważa, więc z pomocą czytelników można nieco się poprawić.

Do komentujących bezpośrednio

Realias. Jakbyś ugryzła to może i bym się odgryzł ;) Poza tym za stary już jestem żeby się na poważnie przejmować krytyką i chciałem podejść do tego „taktownie” tym bardziej że nie liczyłem na to że cokolwiek z tego dalej wyniknie (o jak się myliłem).
Comenny. Widać że nie znasz agentury. Inną względnie stałą komentatorką jest wing. I oczywiście ja tez komentowalem, tylko ze wpisow agentki jest jakby jakos mniej niz moich dlatego też mnie wśród komentujących mniej widać.
wing. hej, that's up what's up (literally ;) Blog + wyścig szczurów + agentura? Nigdy :) A w kwestii tła na komentarze to u mnie wszystko działa jak należy - okienko ma kolory narzucone przez system (chociaż mam wrażenie że chodzi o coś innego, ale nie jestem w stanie skojarzyć co)

A za tydzień? Notatka w stylu „dziś na obiad jadłem kotleta” czyli czarno na białym i realnie aż do bólu (chyba że znowu strzeli mi coś do głowy ;).

Zdrowe podejście II

agent 15/03/2009 @ 23:36

mgliste_myslenie

Przynaję się bez bicia. Nie spodziewałem się ani tego że blog stanie się kontrowersyjny (chociaż wydaje mi się że to kontrowersyjne stwierdzenie na chwilę obecną) ani jakiegokolwiek odezwu. Tym razem też się tego nie spodziewam, ale pozwolę sobie nieco pociągnąć temat zdrowego czy też może raczej normalnego bloga.

Tak jak napisałem ostatnio to że piszę dziwnie to akurat właśnie normalne. Jakoś do tej pory nie przyszło mi do głowy żeby pisać jakoś inaczej, ale może to jest właśnie dobra okazja żeby nieco tę sytuację odmienić. Zainspirowany komentarzem Realias postaram się napisać kilka notatek „normalnych”. Rozkład jazdy na najbliższe wpisy autorstwa agenta jest więc taki:

  • o gwiazdach (zapewne 22 marca)
  • o samym sobie, czyli notatka klasy „dziś na obiad zjadłem kotleta” (pewnie 29 marca)
  • o marzeniach i realu (teoretycznie 5 kwietnia)

Problem jest tylko z tą ostatnią kategorią. Co to właściwie jest? Owe marzenia i real mają być ze sobą jakoś połączone, mają się ze sobą przeplatać? Kurcze, na chwilę obecną nie przychodzi mi nic do głowy co by mogło pasować. To jeszcze sobie przemyślę.

Z luźnych uwag

Mam nieodparte wrażenie że już kiedyś bawiłem się w projekt „Blog nastolatki”. Nie bardzo tylko teraz kojarzę jaką to miało formę. Za to pamiętam że jakiś chłopaczek się nadmiernie tym zainteresował i ostatecznie padł ofiarą docinek ze strony ubawionej tym faktem okolicy. Ach... czasy pierwszego rowerzyka :)

Z jakiegoś powodu z całego komentarza Realias najbardziej podoba mi się * pod sam koniec. Tak jakby owe „nie halo” nie do końca było tym co każdy sobie myśli czytając komentarz. Zapewne przypadkowe a takie urocze :)

Nie było ani pogrążenia ani zbawienia. Faktem jednak że nieco mam lżej w jednych miejscach a ciężej nieco w innych. Generalnie jest po prostu inaczej.

Zdrowe podejście

agent 09/03/2009 @ 00:18

mgliste_myslenie

Ha! Wilczur powiedziałby że oto narodził się ferment intelektualny. Tylko że on ma sytuację pozwalającą na takie stwierdzenia, a ja niestety jestem ofiarą przypadku i mogę tylko udawać że ferment się narodził.

Tak właściwie to nawet nie dziwi określanie moich wpisów chorymi, bo od kiedy zacząłem w ogóle pisać jakiegokolwiek stałego bloga to pisałem nienormalnie. Zastanowiło mnie jednak co innego: Czym jest blog zdrowy? Czym się charakteryzuje? Jakie warunki musi spełnić?
Tyle lat minęło pod szyldem „teorii bloga” a jakoś do tej pory nie próbowałem tego określić. Niestety ostatnie dni przemyśleń nie dały mi odpowiedzi, więc pewnie nie określę. Aczkolwiek temat uważam za otwarty i nawet ciekawy.

Wracając też do kopiowania samego siebie. To udało mi się przemyśleć i do czegoś dojść. Niue podoba mi się. Osobiście kopiowanie samego siebie dopuszczam tylko w ściśle określonych warunkach i porządnie uzasadnionych wypadkach. Bo takie kopiowanie jest takie... nieminimalistyczne.

Jutro się też okaże czy nadchodzi pomoc czy też pogrążenie.

Luty w skrócie

agent 02/03/2009 @ 00:41

Moja wersja lutego w skrócie.

Ja co prawda nie pracowałem w piekarni i nie bardzo wiem jak to jest gdy to co się zrobi znika z oczu, a potem tego się nie widzi, ale o ciągłej pracy nad tym samym materiałem mam już jakieś pojęcie. Czasami coś się zrobi i dość długi czas to nie wraca ale prędzej czy później będzie trzeba znowu widzieć to co się kiedyś wytworzyło (albo co ktoś inny wytworzył) i znowu trzeba będzie to rozgrzebać, zrozumieć, poprawiać albo zmienić... W moim przypadku by to było nawet w porządku gdyby nie to że mam teoretycznie nieskończenie wielki zbiór możliwych kombinacji zmian i poprawek.

Niby za tydzień ma nadjeść moje małe zbawienie. Pomoc. Ulga. Odciążenie. Boję się tylko że im bardziej tego oczekuje tym w mniejszym stopniu będzie to prawdą.

Zawsze jednak daje to możliwość myślenia: Jeszcze tylko tydzień.