Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

F.E.A.R

Jest. Chociaż nie do końca. Mam wrażenie że nie wszystko jeszcze sobie w tej kwestii ułożyłem. Chodzi oczywiście o strach.

To że bez strachu nie było by myślenia to chyba nie do końca tak. Częściowo jednak to prawda. Z moich przemyśleń wynika że strach jest w pewnym sensie efektem wartościowania pewnych rzeczy. A efektem strachu jest reakcja obronna. Myślenie w ramach reakcji obronnej oczywiście jest jak najbardziej właściwie (i pewnie nawet zalecane), ale jako takie nie wynika bezpośrednio ze strachu (osobiście czasami myślę z lenistwa). Poza tym, reakcja obronna może być kompletnie bezmyślna.
Wracając do źródła strachu - wartości. Strach się bierze stąd że jakaś wartość, którą się ceni może zostać utracona albo pomniejszona (czasem wystarczy sam fakt możliwości wyobrażenia sobie tej straty). Tak właściwie jest zawsze. Swoją drogą, zauważyłem że to może być dobra metoda na wymyślenie tego co się ceni w życiu, co się uznaje za ważne dla siebie (o ile ktoś nie ma takiego czegoś już przemyślanego).

Więc co by było jakby nie było strachu? Nie byłoby reakcji obronnej - milionów zabezpieczeń od wszystkiego, ale to nie jest zbyt szokujące. Nie byłoby by też wartości! Nic by nie było ważne. Ludzie by dosłownie wszystko mieli gdzieś. Kompletnie albo prawie kompletnie. Prawdopodobnie też, człowiek szybko stałby się gatunkiem który miałby szanse wyginąć.

Tu też wraca pytanie - Czy cokolwiek jest faktycznie ważne? ale do tego już nie wracałem.

Warto też zahaczyć o piosenkę Iana Browna - F.E.A.R (ja najbardziej lubię remixy UNKLE ale każdy inny też jest dobry :)

Miesiąc po

News podstawowy: cel operacji został osiągnięty. W efekcie zlazłem z dachu. Właściwie, w samą porę, bo choć wiosny faktycznie nie widać to śniegu też już aż tyle tam nie było żeby naturalnie się na dachu kamuflować.

Więcej. Zanim pojawił się pomysł następnej akcji postanowiłem hmm... uciec. W efekcie mam tydzień wolnego i choć zamierzałem go wykorzystać jak najlepiej to chwilowo idzie mi jak najgorzej. Trzeba wymyślić jakiś plan poprawy albo co.

Spaceru filozoficznego o strachu nie było ale mając na horyzoncie tydzień leżenia brzuchem do góry jest szansa, że strach zostanie przeanalizowany (co oczywiście zaowocuje bardzo skomplikowaną teorią życia, której nie będę miał umiejętności przelania na literki a w efekcie skończy się na niezrozumiałym dwuzdaniowcu, ale!... odpowiednie wnioski mogą być generalnie pozytywne).

Jeszcze...

...tylko trochę!

Hmmm... i tu tak jakoś chciałoby się dopisać coś sensownego ale jakoś nie mam pomysłu na to coś więc będzie tylko takie wspomnienie o tym że by się chciało.

O strachu trzeba będzie kiedyś sobie zrobić filozoficzny spacer.

Nothin' new

Nadal biegam po dachu.

Administrator budynku jest w siódmym niebie, nie musi ściągać metrów śniegu z dachu. Umówiłem się z nim w czwartek, że będę czuwał nad porządkiem tam, a on nie będzie mi przeszkadzał siedzieć tam całymi dniami i nie będzie wnikał dlaczego to robię.
Właściwie lepiej by było gdyby tyle tego śniegu nie było, ale może w końcu przestanie padać.
Wsparcia jak nie było tak nie ma.

Co tam u mnie z akcjami?

Biedny Agent biega po dachu w lutym, a Agentka się świetnie ustawiła, bo wcale nie musi. Za to akcji rozpoczęła pełno- konkretnie to trzy, wyróżniające się innością od reszty życia.

Więc taka jest obecna sytuacja akcji/misji:

1. Rozpoczęta 20 stycznia trafiła na mały problem w postaci paru niezbyt przyjaźnie nastawionych Nowozelandczyków. Więcej wiadomości brak. Na razie trzeba czekać.

2. Rozpoczęta 18 stycznia pokazała już małe rezultaty w postaci kilku e-maili. Teraz jak śniegi i mrozy się troche uspokoją, trzeba sprawdzić namacalnie i naocznie, jak wszystko idzie.

3. Po pierwszych frustracjach i agresji okazało sie, że podejście Zen jest bardzo wskazane w tej misji. I można przyznać, że z dniem dzisiejszym jest wykonane ponad 25%. Tak trzymać. I sie nie wkurzać!

To narazie tyle...

I need backup

- S do bazy, S do bazy.
- Baza. Co tam?
- Potrzebuję wsparcia, najl...
- Nic z tego.
- Dlaczego?
- Nie wyślemy Ci wsparcia.
- Kiedy mi potrzebne jest wsparcie. Musicie kogoś przysłać.
- Nie musimy. Nie możemy. Potrzebujemy wsparcia.
- A-ha. Fajnie. Super. Nie mam więcej życzeń. Ouwer.

Jak mi się to powtórzy w tym tygodniu to chyba w końcu spadnę z tego dachu. W taką pogodę nie powinno się się robić bardzo wielu rzeczy i bieganie po dachu jest jedną z tych właśnie rzeczy.

Innych newsów niestety nie będzie bo to że oprócz tego co mam zrobić chcę zrobić setki innych rzeczy to nic nowego. Niczym nowym też nie jest że często dość wybieram do roboty nie to co trzeba i ostatecznie późnym niedzielnym wieczorem dochodzi do mnie że dawno powinienem zrobić coś co zrobić powinienem a czego nie zrobiłem bo pomyślałem że zrobię coś innego. Mam też trochę wrażenie że tydzień temu musiała być eskalacja tego "problemu".

Ouwer.

It's time

Właściwie powinienem "pracować" (pomijając to że w niedzielę nie powinienem pracować). Dlatego postaram się streścić i nie namyślać się dwóch godzin nad kilkoma zdaniami.

Doszedłem chyba do takiego momentu w swoim marnym życiu, w którym stwierdza się marność swojego życia.
(...)
Cholera
(...)
Jestem niepoprawnym optymistą. Po tym jak cały dzień dochodziłem do wniosku że jednak już nic się nie da zrobić, to jak zacząłem o tym pisać przyszło mi do głowy że może jednak nie.

Tak czy siak. Jakiejkolwiek drogi się nie wybierze to zawsze trafi się na kogoś lub coś co sprawi że ta droga wcale nie będzie lepsza od innych. W efekcie każda droga jest równie tragiczna. Nierozwiązana pozostaje tylko kwestia celu ostatecznego.

Fajnie?

Heh. Z ową definicją fajnego życia to dobre spostrzeżenie jest. Najpierw chciałem to jakoś opisać, co mogłem mieć na myśli, ale im dłużej układałem definicję tym bardziej beznadziejnie to brzmiało. Krótka i prosta, choć zapewne utopijna, definicja fajnego życia to stały i udany balans pomiędzy beztroską a normalnością. To tak mniej więcej.
Za dużo problemów to niedobrze. Za mało problemów to... szaleństwo.

Miałem poszukać, znaleźć pomyśleć jak eliminować. I co zrobiłem? Nic. Chyba w weekendy za bardzo przedkładam beztroskę nad normalność. W tygodniu zaś problemy zabierają mi resztki czasu.

A jutro znowu diametralnie ktoś mi odwróci myślenie.

Z innych małych spostrzeżeń. Patus - spostrzegłem, potwierdzam, zajebisty.
Agentka przebiła mnie wybitnie swoimi życzeniami na nowy rok. W pewnym momencie pomyślałem że sam w ogóle nie zauważyłem że nowy rok się zaczął, ale jednak przez pierwsze jego trzy dni byłem tego świadomy. Potem wiadomo co się stało...

Początek.

Nowy Rok jest. Niech będzie dobry, pełen przygód, wycieczek i wykonanych akcji... Niech sie wszystko powiedzie. Niech 2010 będzie rokiem spełnionych marzeń.

Diametralnie

Ech. Jak sobie pomyślę o czym mogłem myśleć tydzień temu to aż wierzyć się nie chce jakiego szoku owe myślenie musiało doznać zaledwie kilkanaście godzin później. Sylwestrowa beztroska przeciwko brutalności hmm... właśnie.

(tu powstały ze dwie wersje akapitu o życiu, ale ostatecznie z nich zrezygnuję, bo właściwie niczego nie upraszczały)

Generalnie, nie udaje mi się żyć fajnie. Zadaniem specjalnym jest odnalezienie przyczyn i wyeliminowanie tego co faktycznie szkodzi.

Do boju!