Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

When the Machine breaks down

Na poczatek z okazji Wielkiej nocy zycze Wszystkim wiary, nadziei i milosci. Wszystkim bo to nalezy sie Wszystkim, a poza tym Wielu nie otrzymalo ode mnie zyczen wiec probuje cos zadzialac zaocznie wiadomoscia do calego swiata (polskoczytajacego).

Bo to tak wlasnie wychodzi ze when the Machine breaks down, we breaks down. Jako jeden z afterefektow jest bark polskich znakow. Moze sie tez trafic ze z rozpedu gdzies zabraknie jakiegokolwiek znaku zamiast polskiej litery.

A plan byl inny. W Wielki Piatek podczas godziny wybitnie filozoficznej doszedlem do wniosku ze dzis nie bedzie notki, za to bedzie w sobote i w poniedzialek. Do tego mialo to byc dwuczesciowe dzielo o... momemt wyczekiwania... sensie i istotnosci zycia. Z jakiegos powodu kilka tygodni temu tknely mnie mysli na temat sensu zycia i pobieznie sobie to przemyslalem. Potem za sprawa wing temat wrocil pod przykrywka istotnosci rzeczy istotnych. To mnie zainspirowalo do tego zeby przemyslec to jeszcze raz a potem ubrac to w slowa. W Wielki Piatek przemyslalem to na tyle na ile moje ja pozwalalo i trzeba bylo to tylko jakos przelac i podzielic ladnie na dwie czesci. Ale when the Machine breaks down...

To mnie zainspirowalo do tego zeby jednak czytajacym oszczedzic tego tematu. Samo myslenie o tym bylo jak zucie stalowej kulki. Napisanie pewnie by nie bylo prostsze, a zrozumienie tego co agent mial na mysli graniczylo by z cudem. Powstrzymalem sie wiec od tego.

Generalnie wnioski sa nastepujace:
1. When the Machine breaks down, we breaks down - to taki wniosek-nie-wniosek bo co to za wniosek... ale jak pasuje za to.
2. Odrywanie sie jest bardzo pozytywne. I to takie odrywanie sie od ludzkosci. To pozwala latwiej obserwowac ja z perspektywy ogolnej. Nie od srodka a od zewnatrz. Odrywanie sie tez pozwala na to zeby mysli abstrakcyjne o ludzkosci nie uciekaly tak latwo.
3. Zwizany z poprzednim troche. Myslenie o ludziach jako nie o ludziach jest fajne. Abstrakcja jest fajna.
4. Sens zycia jest tez fajny.

Marzenia i real

Uch. Just uch. And bonkers. Zacznę od czegoś co wymyśliłem w początkach tygodnia jak mi jeszcze nic nie pasowało do dzisiejszego tematu.

Marzenia i real - wersja pierwsza

Nie mogąc wymyślić czego faktycznie mogłaby dotyczyć notka wpadł mi do głowy całkiem niezły agenturalny plan. Mianowicie trzeba by było przejść się do jednego ze sklepów sieci Real i poszukać tam marzeń. Czy to marzeń zainspirowanych zawartością sklepu czy też marzeń, które zawartość sklepu by spełniała albo może produktów, które samozwańczo chciały by spełniać marzenia. Tak czy siak dzięki takiej dość prostej idei bez większego wysiłku myślowego można by było stworzyć ciekawy raport o marzeniach i realu. Problematyczne okazuje się tylko wykonanie. Moje pojawienie się w rzeczonym sklepie jest dość rzadko występującym zjawiskiem i raczej nie zapowiada się na to żebym szybko tam trafił. Ale sam pomysł akcji mi się podoba i jeżeli nie zapomnę a będę kiedyś w okolicy bądź będę mieć chwile wolnego czasu to może kiedyś wykonam akcję.

Marzenia i real - wersja druga

Gdy tydzień już był na półmetku i z ogólnego planu nie wynikało żeby akcja mogła się odbyć, od razu widać było że akcja jest w marzeniach a real wygląda tak że nierealnym jest jej wykonanie. I to by właściwie mogło być to. Gdyby nie fakt że zrobiło się ciepło.
Ciepłe dni oznaczają wiele dobrych rzeczy, ale jak dla mnie szczególne są dwie: krótkie spodenki i Agentomobile. Krótkie spodenki to zwykle szybka piłka - poszukać w szafce i przełamać opór presji społecznej. Mam to za sobą. Gorzej było z Agentomobile. Problemem jest to że w czasie zimy strasznie go zapuściłem. To oznacza że trzeba by było się nieco nim zająć, wyczyścić, doprowadzić do serwisu na przegląd i takie tam. Tak patrzyłem na ten plan do końca tygodnia i ciągle: „wtedy nie bo coś innego”. Jak to być może że nie mam kiedy zająć się Agentomobile?! Jak to być może że problemem jest umiejscowienie tego w czasie?! Fakt, że na początku wiosny zwykle pojawia się ten problem, ale nie w takim stopniu. Wtedy jakoś mnie tknęło i postanowiłem oczyścić sobie życie. Oczywiście to jest ta część co marzeniem jeno jest bo w rzeczywistości to wcale łatwym nie będzie. Jednoczesne łączenie pracy, projektu i zleceń nie było dobrym pomysłem. Jeszcze gorsze jest zakładanie że można by było tam wcisnąć coś jeszcze. Cóż, nie wycofam się teraz jednak. Brak czasu nie jest tym o czym się marzyło od samej podstawówki. I chociaż nie wydaje mi się by udało się kiedyś dożyć momentu w którym czasu będzie za dużo to zamierzam postawić na zwiększanie efektywności. Ciągle jeszcze mam nadzieję na ulepszenie systemu. Tymczasem jednak jakoś to przetrzymam i zsynchronizuję marzenia z realem.

Albo nie.

Podsumowanie

Jak zapowiedzianym było - temat jest ciężki do przetrawienia (nie to co dziejsze kotlety z obiadu :). Może dlatego że marzenia są abstrakcyjne a real jest absuradlny. Nie wiem.

To też jest koniec „Zdrowej trylogii”. Ciekawym eksperymentem było napisanie go. Jak się czyta to nie będę oceniał (bo nie ma komentarzy do części trzeciej). Może kiedyś (za rok np?) zrobię powtórkę o podobnym schemacie działania. Za tydzień też się pewnie okaże czy nie ma jakiegoś potężnego afterefektu po tym.

Ping pong i myśli szybkie

Jestem prawie zdrowy! Choć nie wiem jak długo. Pogoda jest zdradliwa.
Jeszcze się trzymam. Choć nie wiem jak długo. Znikąd ratunku.
Wing... jeszcze nie wiem co o tym myśleć. Jeszcze nie wiem czy coś w tej sprawie zrobić. Dzięki jednakże, bo to miłe w gruncie rzeczy.

Justin Timberlake awansował u mnie ostatnio do miana porządnego wykonawcy. Album „FutureSex/LoveSounds” jakoś mi się podoba.
Miałem coś jeszcze na szybkiej myśli ale mi uciekło. Typowe dla szybkich myśli.

Dziś na obiad jadłem kotleta

Treść główna

Jak zauważysz że nie dasz rady doczytać tego paskudztwa do końca przeskocz do następnego paragrafu ;)

Wstałem około godziny 11.30. Na śniadanie zjadłem kilka kanapek z tym co znalazłem w lodówce i zapiłem to herbatą. Restart komputera później było już po dwunastej.

Według pradawnych zasad to by oznaczało, że z grania nici. Według ostatniego bezzasadzia to by nic nie oznaczało. Według zasad, które powstały mniej więcej wczoraj, a wedle których zlecenia mają bardzo wysoki priorytet, oznaczało ograniczenie grania (co w sumie może i dobrym jest dla czytających - mniej zamieszania ;).

Wsiadłem więc do ciężarówki i ruszyłem z „przedmieść” Chicago. Okrążywszy mniej więcej Indianapolis trafiłem do Detroit. Wiem, głupio to brzmi żeby z Chicago do Detroit jechać przez Indianapolis ale musiałem tak zrobić żeby ominąć wagę gdyż ładunek rudy był przeciążony i pewnie by mnie zatrzymali. Na miejscu okazało się że naczepa na chemikalia jeszcze nie wróciła z Pheonix więc mogłem pospać sobie spokojnie do południa następnego dnia. Wszystko zgodnie z planem. Quit.

Dalszej części nie było. Zlecenie ma priorytet. Przełączyłem się na linuksa i mniej więcej uruchomiłem, kiedy wyższy filozoficznie wrócił. Propozycja herbaty jest nie do odrzucenia, więc jej nie odrzuciłem. Przy okazji zrobiłem kanapkę na kolację. Przy herbacie dobrze też się rozmawia na różne mniej lub bardziej filozoficzne tematy i pewnie mogła by taka herbatka trwać bardzo długo gdyby nie to że jemu się przypomniało o tym co miał zrobić.

Nie mając nic innego co by tłumaczyło nie robienie zlecenia, ustawiłem krótką playlistę i zabrałem się z kończenie tego. Sprawę ułtwiało mocno to że większość tego zrobiłem w nocy, ale i tak trochę trzeba było to poprawić. Gdy mniej więcej gotowym było to jeszcze sprawdzanie w trzech przeglądarkach i oczywiście w Internet Explorerze strona musiała wyglądać tragicznie. Zanim jednak rozpracowałem co jest nie tak nastąpił obiad.

A na obiad zjadłem... Nie. Nie zjadłem kotleta ;) Dziś były kurczęce skrzydła pieczone z ziemniakami. Dobre.

Po tym dobrym wróciłem na chwilkę do zlecenia. Znalazłem przyczynę, poprawiłem to co IE nie pasowało i poleciałem do kościoła. Po drodze wystraszyłem jakieś małe dziecko, zorientowałem się że ciepło względnie jest oraz wypatrzyłem klucz dzikich kaczek. Wszystko to wskazuje jednoznacznie że wiosna już się czai gdzieś za rogiem (innym tego znakiem jest to że przeziębienie mnie trzyma od ponad tygodnia).

„I choćby był samym Billem Gatesem to przecież jutro już może się nie obudzić. I co z tego? Nic. No właśnie. Nic.” - mój ulubiony ksiądz w tej chwili. Uwielbiam jego kazania, w których tak pełno jest takich jakiś ślepych zaułków. Są takie życiowo-filozoficzne i niewiele z nich wynika, a co ważniejsze sprawiają wrażenie spontanicznych (a może nawet takie są!). Z drugiej strony to genialny sposób na oderwanie myśli od ziemi.

Wracając jednak na ten padoł błota i śniegu. W domu skończyłem zlecenie. Powiedzmy że wstępnie skończyłem, bo to zleceniodawca ustala czy skończyłem czy nie. Tak czy siak, koniec zlecenia otwierał mi drogę do poziemi. Connect.

W sumie Akademia to nie poziemia, ale czasami ma podobny charakter. Tu standardowa krótka rundka. Save. Quit.

W międzyczasie dowiedziałem się o deszczu błędów projektowych, ale każdy kolejny sygnał w tej sprawie był jak kolejny cios nożem w serce (sumujący się z wczorajszymi projektowymi razami) i jakoś nie miałem najmniejszej ochoty ich faktycznie nawet sprawdzać. Na kolację podobnie jak na śniadanie kanapki z herbatą. Później jeszcze tylko oskryptowałem wysyłanie odsłuchanych utworów - piekna sprawa, wkrótce może opracuję skuteczną metodę działającą dla całych albumów a nie tylko dla pojedynczych piosenek.

Na koniec napisałem To i owo. Roger Sanchez dzielnie dopingował i na szczęscie nie było problemów z tym dopingiem.

I taki mniej więcej byłby koniec.

Podsumowanie

I jak? Nie mam normalnego życia. Jest w nim coś chorego ;)

Nie wyszło zbyt czarno na białym. Nie mogło wyjść. W końcu jakby było to agent byłby zdemaskowany i co byłby z niego za agent? Żaden. Chociaż niektóre rzeczy są stare i jeżeli ktoś śledzi agenta od jakiegoś czasu to może załapać co do czego. Niektóre z tych rzeczy może wkrótce jakoś opiszę, ale tego nie obiecuję.

Realnie za to jednak jest. I nawet jeżeli komuś ciężko sobie wyobrazić takie realia to musi mi wierzyć na słowo (pisane!).

Ping pong

Notki powstają kiedy mam czas, albo kiedy jest niedzielny wieczór. Z tym pierwszym wiecznie jest problem więc niedzielny wieczór jest bardziej prawdopodbny. Tym bardziej że mimo wszystko udało mi się wypracować ten termin i choć już z kilka razy był on zagrożony to się utrzymał.

Jak też widać normalne notki procentują. Znaczy się, tak jakby procentują. W sumie nawet nie wiem czy we właściwą stronę, ale faktem jest że jeszcze na początku tego miesiąca blog był chory a teraz już jest fajny. Nawet możemy zdobyć 110 punktów (lansu pewnie). Nieprawdopodobnie ciekawe zjawisko.

A za tydzień? Marzenia i real, czyli nie wiadomo co. To będzie cięzki temat, zarówno do pisania jak i czytania. Tymbardziej że nie mam zielonego pojecia o czym to :)

O gwiazdach

Plan miałem dobry ale pogoda pokrzyżowała mi plany. Przez cały ostatni tydzień jak tylko pojawiałem się na przestrzeniach otwartych wieczorową porą to oczywiście niebo musiało być zachmurzone i o obserwacji gwiazd mowy być nie mogło (o ile obserwacją w ogóle można uznać wpatrywanie się w niebo kogoś o wzroku tak słabym jak mój). W związku z tym niefortunnym złożeniem zdarzeń pogodowych niestety nie miałem okazji do popatrzenia w gwiazdy i skonstruowania jakiejś refleksji z nimi związanej. Mogę tylko dopisać że nadal lubię patrzeć w gwiazdy.

Tak, wiem. Nie o te gwiazdy chodziło. W pierwszym odruchu miałem nie pisać na ten temat bo osobiście blogi o „gwiazdach” wydają mi się równie sensowne jak oglądanie „Mody na sukces”, ale potem przyszło mi do głowy że mógłbym tak zażartować i postanowiłem to wykonać. Jako że żart mi nie wyszedł to napiszę coś o człowieku, który stał się gwiazdą ubiegłego tygodnia. A może raczej antygwiazdą.

Josef Fritzl. Tak, tak. Wszędzie go było pełno. Strach było lodówkę otworzyć. W pokoju jednak jakoś wszyscy uważali że ta cała historia jest zbyt nieprawdopodobna żeby mogła się wydarzyć w sposób jaki jest opisywana. Ale co oni mogą wiedzieć? Czy w ogóle chcą wiedzieć? Ja poczytałem Wikipedię zamiast snuć własne teorie. Po tej lekturze doszedłem do jednego wniosku - niszczymy się. Cała ta cywilizacja chyli się ku upadkowi. Nie przez Josefa oczywiście. On jest tylko pionkiem, który odegrał swoją rolę aby ta całą machina stworzona przez ludzi mogła działać wedle praw swojego działania. Być może już jest za późno. Być może gdzieś tam są ludzie na prawdę świadomi tego dokąd zmierzamy. Być może już uznajemy ich za wrogów naszej wizji lepszego świata. Sęk w tym że i oni są w błędzie. Lepszego świata już nie będzie. Jedyne co można zrobić w tej sytuacji to wypełnić jak najlepiej swoją rolę w machinie i przyczynić się do dalszego upadku ludzkości. Tak, coś takiego... Ale co tam. Można to olewać i napawać się bez końca Hanah Montana i Jozefem Frizlem. To na pewno dużo fajniejsze niż zastanawianie się jak zginie ostatni człowiek na tej planecie. Tak przy okazji, polecam lekturę o Josefie na Wikipedii - jest strasznie przygnębiająca. Zaś dla miłośników mocniejszych wrażeń polecam na Wikipedii artykuł o odleżynach.

Teoria bloga w nawiązaniu do komentarzy

Realias to dość dobrze ujęła z tym pisaniem co leży komu na sercu (bądź się w głowie kłębi) ale z tymi „granicami” jednak nie trafiła tak do końca. Granic właściwie nie ma. Kwestią jest to do jakiego miejsca możemy się posunąć. Zarówno ja pisząc jak i czytelnicy czytając. Josef nie napotkał pewnej granicy w tym co zrobił, mimo że przynajmniej teoretycznie większość z nas by na nią trafiła. Ja też mogę nie napotkać granicy i napisać cokolwiek a czytelnicy mogą nie napotkać granicy i przeczytać owe cokolwiek. Inni natomiast nie wyjdą poza temat gwiazd bo napotkają na ową granicę i... wyjdą z tego bloga.
Ukierunkowanie bloga to w ogóle ciężka sprawa. Wbrew temu co sugeruje wing pisanie dla siebie w internecie jest bezsensowne. Wbrew temu co sugeruje Comenny pisanie tak żeby zatrzymać za wszelką cenę czytelnika i nabijać sobie statystyki jest równie bezsensowne. To jest kwestia równowagi, całkiem jak w życiu. Ja nie piszę dla siebie, jeżeli jednak komuś się kompletnie nie podoba co piszę to nie będę po nim płakał. Komentarze z konstruktywną krytyką bądź sensownymi uwagami biorę pod uwagę, bo czasami faktycznie robi się coś bez sensu a samemu tego nie zauważa, więc z pomocą czytelników można nieco się poprawić.

Do komentujących bezpośrednio

Realias. Jakbyś ugryzła to może i bym się odgryzł ;) Poza tym za stary już jestem żeby się na poważnie przejmować krytyką i chciałem podejść do tego „taktownie” tym bardziej że nie liczyłem na to że cokolwiek z tego dalej wyniknie (o jak się myliłem).
Comenny. Widać że nie znasz agentury. Inną względnie stałą komentatorką jest wing. I oczywiście ja tez komentowalem, tylko ze wpisow agentki jest jakby jakos mniej niz moich dlatego też mnie wśród komentujących mniej widać.
wing. hej, that's up what's up (literally ;) Blog + wyścig szczurów + agentura? Nigdy :) A w kwestii tła na komentarze to u mnie wszystko działa jak należy - okienko ma kolory narzucone przez system (chociaż mam wrażenie że chodzi o coś innego, ale nie jestem w stanie skojarzyć co)

A za tydzień? Notatka w stylu „dziś na obiad jadłem kotleta” czyli czarno na białym i realnie aż do bólu (chyba że znowu strzeli mi coś do głowy ;).

Zdrowe podejście II

mgliste_myslenie

Przynaję się bez bicia. Nie spodziewałem się ani tego że blog stanie się kontrowersyjny (chociaż wydaje mi się że to kontrowersyjne stwierdzenie na chwilę obecną) ani jakiegokolwiek odezwu. Tym razem też się tego nie spodziewam, ale pozwolę sobie nieco pociągnąć temat zdrowego czy też może raczej normalnego bloga.

Tak jak napisałem ostatnio to że piszę dziwnie to akurat właśnie normalne. Jakoś do tej pory nie przyszło mi do głowy żeby pisać jakoś inaczej, ale może to jest właśnie dobra okazja żeby nieco tę sytuację odmienić. Zainspirowany komentarzem Realias postaram się napisać kilka notatek „normalnych”. Rozkład jazdy na najbliższe wpisy autorstwa agenta jest więc taki:

  • o gwiazdach (zapewne 22 marca)
  • o samym sobie, czyli notatka klasy „dziś na obiad zjadłem kotleta” (pewnie 29 marca)
  • o marzeniach i realu (teoretycznie 5 kwietnia)

Problem jest tylko z tą ostatnią kategorią. Co to właściwie jest? Owe marzenia i real mają być ze sobą jakoś połączone, mają się ze sobą przeplatać? Kurcze, na chwilę obecną nie przychodzi mi nic do głowy co by mogło pasować. To jeszcze sobie przemyślę.

Z luźnych uwag

Mam nieodparte wrażenie że już kiedyś bawiłem się w projekt „Blog nastolatki”. Nie bardzo tylko teraz kojarzę jaką to miało formę. Za to pamiętam że jakiś chłopaczek się nadmiernie tym zainteresował i ostatecznie padł ofiarą docinek ze strony ubawionej tym faktem okolicy. Ach... czasy pierwszego rowerzyka :)

Z jakiegoś powodu z całego komentarza Realias najbardziej podoba mi się * pod sam koniec. Tak jakby owe „nie halo” nie do końca było tym co każdy sobie myśli czytając komentarz. Zapewne przypadkowe a takie urocze :)

Nie było ani pogrążenia ani zbawienia. Faktem jednak że nieco mam lżej w jednych miejscach a ciężej nieco w innych. Generalnie jest po prostu inaczej.

Zdrowe podejście

mgliste_myslenie

Ha! Wilczur powiedziałby że oto narodził się ferment intelektualny. Tylko że on ma sytuację pozwalającą na takie stwierdzenia, a ja niestety jestem ofiarą przypadku i mogę tylko udawać że ferment się narodził.

Tak właściwie to nawet nie dziwi określanie moich wpisów chorymi, bo od kiedy zacząłem w ogóle pisać jakiegokolwiek stałego bloga to pisałem nienormalnie. Zastanowiło mnie jednak co innego: Czym jest blog zdrowy? Czym się charakteryzuje? Jakie warunki musi spełnić?
Tyle lat minęło pod szyldem „teorii bloga” a jakoś do tej pory nie próbowałem tego określić. Niestety ostatnie dni przemyśleń nie dały mi odpowiedzi, więc pewnie nie określę. Aczkolwiek temat uważam za otwarty i nawet ciekawy.

Wracając też do kopiowania samego siebie. To udało mi się przemyśleć i do czegoś dojść. Niue podoba mi się. Osobiście kopiowanie samego siebie dopuszczam tylko w ściśle określonych warunkach i porządnie uzasadnionych wypadkach. Bo takie kopiowanie jest takie... nieminimalistyczne.

Jutro się też okaże czy nadchodzi pomoc czy też pogrążenie.

Luty w skrócie

Moja wersja lutego w skrócie.

Ja co prawda nie pracowałem w piekarni i nie bardzo wiem jak to jest gdy to co się zrobi znika z oczu, a potem tego się nie widzi, ale o ciągłej pracy nad tym samym materiałem mam już jakieś pojęcie. Czasami coś się zrobi i dość długi czas to nie wraca ale prędzej czy później będzie trzeba znowu widzieć to co się kiedyś wytworzyło (albo co ktoś inny wytworzył) i znowu trzeba będzie to rozgrzebać, zrozumieć, poprawiać albo zmienić... W moim przypadku by to było nawet w porządku gdyby nie to że mam teoretycznie nieskończenie wielki zbiór możliwych kombinacji zmian i poprawek.

Niby za tydzień ma nadjeść moje małe zbawienie. Pomoc. Ulga. Odciążenie. Boję się tylko że im bardziej tego oczekuje tym w mniejszym stopniu będzie to prawdą.

Zawsze jednak daje to możliwość myślenia: Jeszcze tylko tydzień.

Luty, w skrócie.

"Człowieczeństwo to miłe miejsce, które można na krótko odwiedzić, ale nie chciał[o]by [się] żyć tam na stałe" - Greebo (Wyprawa Czarownic, Pratchett)

Życie agenckie jakoś płynie sobie. Nie za szybko, nie za wolno. Dzień po dniu znajduje sie nowe kłody pod nogami a potem sie je jakoś omija. Jakby w zwolnionym tempie stara sie je przeskoczyć i czasem sie udaje. Po tygodniowej przerwie, wróciłam do pracy i sie okazuje, że nic sie nie zmieniło. I dalej jest to samo i nigdy nie ma końca. Jak pracowałam w piekarni, to zawsze było tak, że jak już bułki i ciastka były zrobione i siedziały w pudle, to potem już ich nie zobaczyliśmy. Misja była wypełniona i był koniec. Był potem następny dzień i następne bułki, ale to już były inne, nowe. A tu tak nie można. Cokolwiek by sie zmieniało, zawsze wszystko sie sprowadza do tego samego, niezmiennego materiału. Męczy to bardzo. Ale życie jakoś sobie płynie.

Poza tym, są ludzie: koleżanki i internauci. I jest też wielkie planowanie, włącznie z przewodnikami i mapami. To jakoś daje nadzieje w tym niezbyt prostym życiu.

Muzycznie

Byłem po prostu zawiedziony. Zmęczony i zawiedziony. Taka kombinacja zawsze daje niedobre efekty.
DISC DIRECT PLAY → 2 → +10 → 1
Miałem to co chciałem. Wtedy też zrozumiałem że cały ten zawód bezsensownym był, całe to chcenie jest bez sensu.
Poszedłem spać. Byłem po prostu zmęczony.

Właściwie zastanawia mnie do jakiego stopnia można kopiować samego siebie, tak żeby to było jeszcze w porządku zarówno wobec sobie jak i innych.

Organizacja planu zapasowego

Uginając się ostatnio pod natłokiem zadań przeróżnych zacząłem poszukiwać drogi do organizacji. Jak na razie niewiele udało mi się faktycznie zdziałać w tym obszarze (szczególnie sobota wyszła tragicznie). Wnioski pewne jednak już mam. Właściwie to jeden wniosek. Zasady organizacji są proste jak drut, ale ich wprowadzenie w świat rzeczywisty już nie jest takie proste. Zobaczymy jak to będzie wychodziło z czasem.

Plan zapasowy to jest piękna rzecz. Plan podstawowy się sypie, a od razu można działać dalej. Co prawda ostatnio plany zapasowe jeżeli jakiekolwiek powstają to po czasie i służą bardziej jako proteza niż faktyczny plan awaryjny, ale faktem jest że coraz bardziej zaczynam doceniać takie rozwiązania. Szczególnie w przypadkach gdy awaria jest niezwykle prawdopodobna. Podobno bardziej się opłaca wymyślić dużą liczbę planów zapasowych przed rozpoczęciem wykonania planu podstawowego niż opracowywać strategię działania w momencie kryzysowym (takie popularne słówko ostatnio ;).