Dziś na obiad jadłem kotleta
Treść główna
Jak zauważysz że nie dasz rady doczytać tego paskudztwa do końca przeskocz do następnego paragrafu ;)
Wstałem około godziny 11.30. Na śniadanie zjadłem kilka kanapek z tym co znalazłem w lodówce i zapiłem to herbatą. Restart komputera później było już po dwunastej.
Według pradawnych zasad to by oznaczało, że z grania nici. Według ostatniego bezzasadzia to by nic nie oznaczało. Według zasad, które powstały mniej więcej wczoraj, a wedle których zlecenia mają bardzo wysoki priorytet, oznaczało ograniczenie grania (co w sumie może i dobrym jest dla czytających - mniej zamieszania ;).
Wsiadłem więc do ciężarówki i ruszyłem z „przedmieść” Chicago. Okrążywszy mniej więcej Indianapolis trafiłem do Detroit. Wiem, głupio to brzmi żeby z Chicago do Detroit jechać przez Indianapolis ale musiałem tak zrobić żeby ominąć wagę gdyż ładunek rudy był przeciążony i pewnie by mnie zatrzymali. Na miejscu okazało się że naczepa na chemikalia jeszcze nie wróciła z Pheonix więc mogłem pospać sobie spokojnie do południa następnego dnia. Wszystko zgodnie z planem. Quit.
Dalszej części nie było. Zlecenie ma priorytet. Przełączyłem się na linuksa i mniej więcej uruchomiłem, kiedy wyższy filozoficznie wrócił. Propozycja herbaty jest nie do odrzucenia, więc jej nie odrzuciłem. Przy okazji zrobiłem kanapkę na kolację. Przy herbacie dobrze też się rozmawia na różne mniej lub bardziej filozoficzne tematy i pewnie mogła by taka herbatka trwać bardzo długo gdyby nie to że jemu się przypomniało o tym co miał zrobić.
Nie mając nic innego co by tłumaczyło nie robienie zlecenia, ustawiłem krótką playlistę i zabrałem się z kończenie tego. Sprawę ułtwiało mocno to że większość tego zrobiłem w nocy, ale i tak trochę trzeba było to poprawić. Gdy mniej więcej gotowym było to jeszcze sprawdzanie w trzech przeglądarkach i oczywiście w Internet Explorerze strona musiała wyglądać tragicznie. Zanim jednak rozpracowałem co jest nie tak nastąpił obiad.
A na obiad zjadłem... Nie. Nie zjadłem kotleta ;) Dziś były kurczęce skrzydła pieczone z ziemniakami. Dobre.
Po tym dobrym wróciłem na chwilkę do zlecenia. Znalazłem przyczynę, poprawiłem to co IE nie pasowało i poleciałem do kościoła. Po drodze wystraszyłem jakieś małe dziecko, zorientowałem się że ciepło względnie jest oraz wypatrzyłem klucz dzikich kaczek. Wszystko to wskazuje jednoznacznie że wiosna już się czai gdzieś za rogiem (innym tego znakiem jest to że przeziębienie mnie trzyma od ponad tygodnia).
„I choćby był samym Billem Gatesem to przecież jutro już może się nie obudzić. I co z tego? Nic. No właśnie. Nic.” - mój ulubiony ksiądz w tej chwili. Uwielbiam jego kazania, w których tak pełno jest takich jakiś ślepych zaułków. Są takie życiowo-filozoficzne i niewiele z nich wynika, a co ważniejsze sprawiają wrażenie spontanicznych (a może nawet takie są!). Z drugiej strony to genialny sposób na oderwanie myśli od ziemi.
Wracając jednak na ten padoł błota i śniegu. W domu skończyłem zlecenie. Powiedzmy że wstępnie skończyłem, bo to zleceniodawca ustala czy skończyłem czy nie. Tak czy siak, koniec zlecenia otwierał mi drogę do poziemi. Connect.
W sumie Akademia to nie poziemia, ale czasami ma podobny charakter. Tu standardowa krótka rundka. Save. Quit.
W międzyczasie dowiedziałem się o deszczu błędów projektowych, ale każdy kolejny sygnał w tej sprawie był jak kolejny cios nożem w serce (sumujący się z wczorajszymi projektowymi razami) i jakoś nie miałem najmniejszej ochoty ich faktycznie nawet sprawdzać. Na kolację podobnie jak na śniadanie kanapki z herbatą. Później jeszcze tylko oskryptowałem wysyłanie odsłuchanych utworów - piekna sprawa, wkrótce może opracuję skuteczną metodę działającą dla całych albumów a nie tylko dla pojedynczych piosenek.
Na koniec napisałem To i owo. Roger Sanchez dzielnie dopingował i na szczęscie nie było problemów z tym dopingiem.
I taki mniej więcej byłby koniec.
Podsumowanie
I jak? Nie mam normalnego życia. Jest w nim coś chorego ;)
Nie wyszło zbyt czarno na białym. Nie mogło wyjść. W końcu jakby było to agent byłby zdemaskowany i co byłby z niego za agent? Żaden. Chociaż niektóre rzeczy są stare i jeżeli ktoś śledzi agenta od jakiegoś czasu to może załapać co do czego. Niektóre z tych rzeczy może wkrótce jakoś opiszę, ale tego nie obiecuję.
Realnie za to jednak jest. I nawet jeżeli komuś ciężko sobie wyobrazić takie realia to musi mi wierzyć na słowo (pisane!).
Ping pong
Notki powstają kiedy mam czas, albo kiedy jest niedzielny wieczór. Z tym pierwszym wiecznie jest problem więc niedzielny wieczór jest bardziej prawdopodbny. Tym bardziej że mimo wszystko udało mi się wypracować ten termin i choć już z kilka razy był on zagrożony to się utrzymał.
Jak też widać normalne notki procentują. Znaczy się, tak jakby procentują. W sumie nawet nie wiem czy we właściwą stronę, ale faktem jest że jeszcze na początku tego miesiąca blog był chory a teraz już jest fajny. Nawet możemy zdobyć 110 punktów (lansu pewnie). Nieprawdopodobnie ciekawe zjawisko.
A za tydzień? Marzenia i real, czyli nie wiadomo co. To będzie cięzki temat, zarówno do pisania jak i czytania. Tymbardziej że nie mam zielonego pojecia o czym to :)
Tagi: kotlet sam+sobie lans
digg it |
del.icio.us


tej notce 5 a nawet 7.
uwielbiam takie pisanie.
sposób, sposób, nie mówię o tematyce.
dziś wprost i mniej więcej na temat.
Po długim dniu to przeczytałam i jakby mi sie wydłużył jeszcze... Nieprawdopodobne. Ja ostatnio też tak mam, że nie mam czasu. Jak sie jednak chwilka czasu znajdzie, to nawet ciężko jest sie pomęczyć i komputer włączyć (kiedyś by to było niewyobrażalne). W każdym razie: silny bądź Agencie, nie dawaj sie przeziębieniu czy zmęczeniu. Wiosna Cie na nogi jakoś w końcu postawi.